Kiedy kobieta łysieje

Standardowy

Może jestem nudna, ale lubię tematy społeczne. Kiedy jakieś swoje doświadczenia mogę porównać z ogółem. Ma to trochę formę terapeutyczną. Próbuję tym uzasadnić, że jednak nie jestem taka wyjątkowa, że takie rzeczy na świecie się dzieją i dzięki temu łatwiej znaleźć rozwiązanie. Dziś o włosach.
Włosy, pomijając funkcję ochronną, są symbolem kobiecości. Jest w naszej kulturze tak, że jak kobieta ma długie włosy, to jest prawdziwą kobietą. Jak ma krótkie, to od razu opinie, że robi się na faceta. Łysa – albo po chemii albo z sekty. Facet z długimi włosami to szatanista (wiem, wiem, że to się inaczej pisze :P).

O tych łysych i łysiejących będzie dzisiejszy wpis.

Pierwszy raz zaczęłam łysieć przed rozpoczęciem pierwszej klasy w liceum. Tak po prostu. Mama modelowała mi włosy, bo zaczęły się robić… dziwne, więc wymagały czegoś więcej od przeczesania, i wtedy zauważyła, że w paru miejscach nie mam włosów. Mam łyse placki. Podłoga po rozczesaniu była pełna moich „kłaków”. Rodzice, jak to oni, wpadli w panikę. Wymyślili, że to od tego, że nie jadam warzyw, znaleźli 1000 powodów, przez które wypadają mi włosy. Zdiagnozowali anemię, bo przecież tak mało jadam. Postanowili to potwierdzić morfologią. Nim mnie zaciągnęli (siłą) na badanie, babcia (również siłą) zaprowadziła mnie do jakiejś średnio ogarniętej lekarki. Ta stwierdziła, że włosy tak mi się układają i przepisała (UWAGA! Siądźcie!) maść na trądzik do smarowania włosów. Mama się wkurzyła, zaciągnęła mnie do innej lekarki, która powiedziała, że nie zacznie mnie leczyć, jeśli krwi sobie nie zbadam. Zbadałam. Większość z Was może mi zazdrościć wyników. Pani doktor stwierdziła, że ona zdrowych leczyć nie umie, odesłała do Warszawy. Tam się dowiedziałam, że mam łysienie plackowate, które zdiagnozowałam sobie bez wydania 200 zł za dziesięciominutową wizytę. Pani doktor powiedziała, że nie wiem, czy wyzdrowieję i czym spowodowana jest choroba, bo nie jest Bogiem. Wyników badania włosa również nie objaśniła, bo przecież wszystko napisane (po łacinie i pismem poniżej mojego). W życiu nie widziałam mojej mamy tak zapłakanej i przerażonej jak po wyjściu z gabinetu.

Dyrektor Mamuni dostał od znajomych namiary na jakąś panią profesor w Katowicach. Po dwumiesięcznym czekaniu na prywatną pietnastominutową wizytę dostałam skierowanie na taką ilość badań, że przez parę dni bałam się koszulek z krótkim rękawek, bo oczyma wyobraźni widziałam, jak ktoś mi wbija igłę w żyłę. Po zrobieniu badań i zrobieniu powtórki paru badań, bo popsuła się aparatura i po zrobieniu kolejnych badań potwierdzających wyniki poprzednich BUM! Okazało się, że jednak mogliśmy znaleźć przyczynę. Prolaktyny miałam tyle, co kobieta w drugim trymestrze ciąży. Zaczęła się więc zabawa w poszukiwania przyczyny, lekarza i leków na uspokojenie. Dziwię się, że po tym wszystkim byłam jedyną prawie łysą osobą w rodzinie (nie wspomniałam wcześniej, że miałam 33% ubytku włosów, resztę zaś stanowiły pióra, których nie mogłam zgolić, bo stanowiły materiał do badań).

Trafiliśmy na wspaniałą lekarkę w Łodzi. Nie miała problemu z tym, żeby powiedzieć mi, że mogę być bezpłodna, mogę mieć guza przysadki, bo skoro w ciąży nie jestem, to skądś ta prolaktyna brać się musi. To był pierwszy lekarz, który traktował mnie poważnie, pozwalał zadawać mnóstwo pytań, w międzyczasie pytając o choroby przebyte przez dwa pokolenia wstecz. Dostałam skierowanie do Centrum Zdrowia Matki Polki, gdzie spędziłam 76 godzin z wenflonem w żyle. Przy zakładaniu darłam się tak, że Tatuń zasłabł i do dziś ma traumę. Po pobraniu mi dwudziestu siedmiu próbek krwi okazało się, że:

a) jestem dziwakiem, bo mam wyższe wyniki w nocy, a powinnam mieć w dzień. Cóż, dnie przesypiałam, w nocy czytałam i marzłam.

b)jestem dziwakiem, bo moja przysadka wariuje od stresu spowodowanego widokiem igły i produkuje za dużo prolaktyny.

Koniec końców – stwierdzono, że łysiałam prawdopodobnie ze stresu przed liceum, na które czekałam całe swoje życie. Włosy w większości miejsc odrosły, aż tu nagle… matura. Wypadły znowu. Trochę chciałam umrzeć, trochę zgolić, trochę kupić perukę. Sama nie wiem. Było chyba gorzej niż za pierwszym razem. Bo wtedy jeszcze miałam nadzieję, że jestem całkiem wyleczona. Nawrót boleśnie uświadomił, że nigdy nie będę całkiem zdrowa. Dziś włosy mam. Długie, nie daję ściąć. Nie są takie, jak przed chorobą. Są osłabione. Cackam się z nimi jak z jajkiem, mało komu pozwalam dotykać. Zawsze w momentach przełomowych boję się, że wypadną. Tak po prostu.

Nie śmiałabym nigdy porównywać się z osobami po chemii, ale one były jakoś przygotowane. Łysienie jest efektem ubocznym choroby, u mnie chorobę stanowi.

Niby to tylko włosy. Odrosną. Albo i nie. Przecież nie wypadły wszystkie. Ludzie chorują na białaczkę, biorą chemię, tracą wszystko. Ale włosy są jednak jakimś symbolem. Że jak kobieta je ma, to wygląda na zdrową, szczęśliwą. Jeśli spotkacie osobę, która straciła włosy, nigdy nie mówcie, że to tylko włosy. To to, co pozwala nam pokazać światu, że z nami wszystko dobrze.

Zaczynam nowe życie

Standardowy

Dokonałam aktu kolejnej przeprowadzki. Ta ma numer 6 i mam nadzieję, że przed wyprowadzką do Nieba, czeka mnie już tylko wyprowadzka nr 7 do Domu Własnego, najwłaśniejszego na świecie.

Wyprowadzka numer 1 to z Domu Babci do Domu mojego i rodziców, w którym po jakimś czasie zjawiła się Blond Piękność, której odstąpiłam szufladę przeznaczoną na moje zabawki, a niecałe 11 lat później zjawiło się Przeznaczenie.
Nie chciałam się wynosić od Babci (i Dziadziusia), a miałam wtedy 2 lata. Mama musiała ze mną przyjeżdżać na Babcine osiedle, bo tam wpadałam w dziką furię i nie można sobie było ze mną poradzić. Tak zostało mi do dziś.

Po maturze nastąpiła przeprowadzka z Domu Rodzinnego do krakowskiej piwnicy. Tak, dobrze widzicie, krakowskiej piwnicy, która została przerobiona na mieszkanie. Ale co się tam działo w ciągu roku! Takich atrakcji niektórzy przez całe życie nie miewają! Imprezy były dwie, ale za to reżyser amerykańskich filmów o nastolatkach by takich nie wymyślił. Na 40 m2 było ok. 100 osób, które wpadły przypadkiem, świetnie się bawiły, a potem znikały. Był trójkąt z wieloosobową widownią, bo w naszej piwnicy, wbrew pozorom, było okno na świat. Było rzucanie w siebie talerzami, bywały dzikie awantury, ale po czterech latach miło to wspominam :)
Najbardziej z tamtego czasu utkwiła mi jedna historia.

Mieliśmy wielkie święto – Czysty Weekend. Święta mają to do siebie, że są rzadko, więc sprzątanie przebiegało w bardzo podniosłej i uroczystej atmosferze. Mojej współlokatorce N. przypadła łazienka. Sprzątała, zmywała, ale ciągle wyciekała jej woda, nie wiadomo skąd. Po jakimś czasie się okazało, że to złośliwy brodzik niszczy nam uroczystości i wylewa spod siebie wodę.

Czwórka nieogarniętych pierwszoroczniaków próbowała coś temu zaradzić. Nie uwierzycie, jak kreatywni potrafią być studenci! Pomysł nr 1 – zalepienie dziur gumami do żucia. Poszłyśmy z koleżanką po kilka paczek gum, we trzy to przeżuwałyśmy, po czym H. zabierał to od nas i próbował tamować przeciek, kiedy my żułyśmy kolejne opakowania. Niestety, niewiele to dało.

Kolejnym pomysłem było zatykanie otworów masą solną. Udaliśmy się więc do koleżanek mieszkających w bloku obok, żeby pożyczyły nam soli, wszak w piwnicy były jedynie 2 opakowania, a majeranek i przyprawa do kurczaka nie chciały stworzyć masy solnej. Zaczęliśmy więc produkcję, a ponieważ nie znaliśmy dokładnego przepisu, robiliśmy to na podstawie kilku z internetu. Nie poskutkowało, w mieszkaniu robiła się powódź. Zapadła decyzja, żeby wezwać hydraulika.

Pan hydraulik Roman po zdemontowaniu nam kabiny, brodzika i czegoś tam jeszcze oświadczył, że nie ma jakiejś rurki odpływowej (czy czegoś takiego) i że musi zrobić nam całą instalację. Zadzwoniliśmy więc do właściciela, by go o tym (i że ma za to zapłacić :P) poinformować. Z właścicielem rozmawiał pan Roman, który tłumaczył, że wynajęto nam mieszkanie bez czegoś bardzo ważnego i mamy w domu powódź. Milion baniek dla tego, kto zgadnie, co powiedział właściciel!

Otóż właściciel powiedział, że ową rureczkę na pewno ukradliśmy. Tak, czwórka pierwszoroczniaków zdemontowała kabinę, odkleiła brodzik, żeby ukraść rureczkę za 5 zł i powiesić ją sobie na ścianie… albo zachować jako pamiątkę z mieszkania w piwnicy.
Tego wieczoru w naszym domu odbyła się integracja taka, że żadna firma nie jest w stanie takowej zapewnić. Chyba, że PKP, ale to tylko przy większej ilości osób i trudnych warunkach atmosferycznych.

Mieszkanie nr 4 było fajne. Po prostu. Mieszkało mi się dobrze, bez większych dziwactw, udziwnień i tego typu akcji. Było miło, sympatycznie, była tabela z najlepszymi hejtami (prowadziłam w rankingu!). Niestety, O. musiała przenieść się do akademika i tak trafiłam do mieszkania nr 5.

Na początku było w porządku. Dopiero co się stamtąd wyprowadziłam, więc jeszcze nie do końca umiem na to spojrzeć z dystansem.

Od dziś mieszkam z T. Właściwie bardziej moje rzeczy na razie tam mieszkają. Zaczynamy nowe, wspólne życie. Nie było ryżu, puszek, dzwonków, tak, jak być powinno w momencie przejścia. Antropologia nam tego nie wybaczy i mam nadzieję, że nie będzie chciała się mścić. Oby było pięknie, cudownie i wspaniale. Pokoik mamy niewielki, łóżko jednoosobowe, ale może to dobrze. Jak damy sobie radę w takich warunkach, to poradzimy sobie w każdych.

Życzcie nam szczęścia i żeby kolejna przeprowadzka była ostatnią. Żeby była wprowadzką do Domu.

Za mało stołów

Standardowy

Już po świętach, po wielkim święcie wyrzucania pieniędzy w niebo i po Nowym Roku. Amen. Koniec. Czas wrócić do pracy.

Święta w mojej rodzinie są bardzo rodzinne… i bardzo intensywne. Codziennie w innym miejscu trzeba być grzecznym w rajstopach, w których stopy zamarzają. W tym roku nasiliły się rodzinne narzekania na stoły. Bo dawniej razem z moimi siostrami i braćmi ciotecznymi i wujecznymi olewaliśmy to, co się dzieje przy stole i lataliśmy jak głupi po mieszkaniu. Ewentualnie bawiliśmy się w Modę na sukces. Nie pytajcie: jak? Teraz już nie bardzo wypada. Nie dość, że przy stole wypada siedzieć, to trzeba też jeść (o moim żywieniowym dziwactwie można się było przekonać w poprzedniej notce, w której poinformowałam świat, że w życiu nie jadłam pierogów ruskich). Jako że dawni bohaterowie zabaw w Modę na sukces jednocześnie dorośli, to i zaczęli zajmować miejsca przy stole. 5 miejsc. I się zaczęło. Że dawniej, to jeden stół wystarczył, ale te dzieci szybko porosły, dopiero biegały, bawiły się ładnie klockami, a teraz drugi stół trzeba ustawiać. Ale to nie były narzekania, o, nie, tak dobrze nie ma. Bo moja rodzina nie może się doczekać, kiedy trzeba będzie 3 stoły ustawiać, nawet na balkonie, ale żebyśmy wszyscy dużo dzieci mieli, bo to taka radość i teraz dzieciom to wszystko kupić można, a jak ja i reszta byliśmy mali, to na półkach nic nie było. Nie widzę przeszkód, żeby ktoś skorzystał z dobrodziejstw kapitalizmu, gospodarki wolnorynkowej, planu Balcerowicza, Hausnera i całej reszty, i kupił mi coś wspaniałego pod choinkę. Przysięgam, że rozpakowując, cieszyłabym się jak dziecko bardziej, niż dostając pieniądze, które i tak za chwilę wydam na pierdoły.

Z postanowień noworocznych: zacznę jeść jak człowiek. Wczoraj spróbowałam kiwi i galaretki. I rozwiodę się z Pepsi… albo chociaż separacja…

Pani krawcowa

Standardowy

Krawcowa to taki trochę zapomniany zawód. Sklepów full, ciuchów mnóstwo, można sobie pójść, kupić, jak się nie podoba, to wymienić. Nie trzeba czekać po parę dni/tygodni na przymiarki, a potem na to, żeby ciuch na siebie nałożyć. Jakie to życie łatwe się zrobiło!

A ja dzisiaj byłam u pani krawcowej na przymiarce. I żałuję, że wpadłam sieciówkom w sieć.
Babcia kupiła mi granatowy materiał i stwierdziła, że będziemy szyć sukienkę, bo tak mi ładnie w granatowym <3. A granatową kieckę mam tylko jedną, więc parę by się jeszcze przydało. Do zrealizowania planu „100000 granatowych sukienek” będziemy dążyć małymi kroczkami. Jak wspomniałam, babcia kupiła materiał i poinformowała, jak będzie wyglądała moja nowa sukienka. Pojechałyśmy więc z mamą i 87-letnią ciocią do pani krawcowej.
Boże, jak ja to uwielbiam! Jak byłam mała, w Starachowicach był właściwie jeden sklep z ciuchami dla dzieci – Piotruś Pan. Ale mamusia jest burżuj, więc jak jeszcze kochała swoją małą Kakunię, to ubrania na wielkie święta miałam szyte. Jaką miałam piękną sukienunię na pierwszy dzień w zerówce! Taką śliczną GRANATOWĄ z aksamitu z białym prostokątnym kołnierzykiem. Jak ja bym taką teraz chciała! Lubiłam, jak pani zdejmowała ze mnie miarę, lubiłam przymiarki, stanie przed lusterkiem, mierzenie, poprawianie… Czułam się wtedy TAKA dorosła!

I w ostatnich dniach, dzięki babci i kawałkowi granatowego materiału, powróciłam do pindrzenia się przed lustrem, oglądania się z każdej strony, zdejmowania miary, które nie było już tak przyjemne, jak kilkanaście lat temu, bo wymiary nie są takie, jak bym chciała.
Dziś była przymiarka, zabrana do pani krawcowej na swoją przymiarkę 87-letnia ciocia krzyczała na mnie i na panią krawcową, żeby zostawiła sukienkę do kolan, bo to wstyd i grzech z odkrytymi. Jestem jeszcze młoda, nie muszę pokazywać. Mamunia, która przerabiała sobie spódnicę, na pokazywanie kolan wg cioci jest za to za stara ;)

W środę po odbiór. Będę miała swoją śliczną granatową sukieneczkę, szytą na miarę, pasującą na mnie i tylko na mnie. Takiej nikt nie będzie miał, bo moja była szyta tylko dla mnie, według mojego pomysłu (dobra, jeszcze mamy, babci i z zaakceptowaniem propozycji cioci, żeby nie latać z gołymi ramionami, bo grzech i wstyd :P).

A Wy? Korzystacie jeszcze z usług wspaniałych pań krawcowych?

Jak niektórzy humaniści oddają władzę nad światem

Standardowy

Tym razem będę się bardzo żalić i narzekać. Na braci moich – humanistów. I na siostry humanistki też… może nawet bardziej na nie.
Tę notkę planowałam napisać trochę później, przygotować się do niej, poczytać wyniki badań, trochę badań na ten temat przeprowadzić, ale jakoś tak wyszło, że notka powstanie teraz.

Kim jest humanista? Ano, to pojęcie ewoluowało. Na początku zakres był bardzo szeroki. Najprościej mówiąc, była to osoba, którą interesował człowiek we wszystkich jego aspektach. Renesansowy humanista nie ograniczał się do czytania/pisania wierszyków, tylko MYŚLAŁ! Myślał, analizował, tworzył. Kiedy pomyślimy HUMANISTA, to pewnie od razu przychodzi nam do głowy Leonardo da Vinci.
Pan sobie malował, owszem, ale poza tym był twórcą koncepcji helikoptera i wielu innych wynalazków.

A dzisiaj? Kto dla nas jest humanistą? Ano, ten, który czyta książki, interesuje się sztuką, ale niekoniecznie myśli.

W klasie humanistycznej znalazłam się trochę z przypadku. Jestem bałaganiarą i dzieckiem, które wyłoniło się z Chaosu. Zgubiłam podanie, w którym prosiłam o przyjęcie mnie do klasy o profilu matematyczno-informatycznym, ale miałam gdzieś takie, że chcę do klasy humanistycznej. Uważałam, że jestem na tyle inteligentna, że jak będę chciała, to i tak będę się mogła nauczyć kochanej przeze mnie chemii i fizyki.

Teraz część pełna podłości i jadu: większość moich koleżanek i kolegów (aż trzech ich w klasie było) to stereotypowi humaniści. Fizyki nie chcą, bo po co? Biologia? Co ich to obchodzi? Matematyka? Przecież oni po to wybierali profil humanistyczny, żeby się tego nie uczyć, oni są artystami, czytają Mickiewicza!!!!!!

To trochę straszne. Najgorsze jest to, że niektórzy nauczyciele całkiem olali sprawę i traktowali nas jak wielkich artystów, którym podstawowa wiedza o środowisku przyrodniczym nie jest potrzebna. I w ten sposób nie nauczyłam się ani chemii, ani fizyki, bo po co?

Tymczasem (i tu znowu nawiązanie do rozmowy z T.) Steve Jobs i Bill Gates z wykształcenia są humanistami. Oni są wizjonerami, kreują nowy świat. Ich wynalazki zmieniają naszą codzienność. Jesteśmy od nich niejako uzależnieni. Ale im się chciało czegoś więcej poza przeczytaniem wierszyka i uważaniem, że jest się taaaaaaaakim głębokim i ma taką artystyczną duszę.

Nikt nie robi humaniście większej krzywdy, niż wtedy, kiedy przestaje od niego wymagać. Humanista sam powinien chcieć się rozwijać na wielu płaszczyznach. Ma do tego predyspozycje. Ale dziś często idiotów nazywa się humanistami, żeby nie było im przykro. Szkoda, bo to krzywdzące.

Ukochane bajki

Standardowy

Wielką mi dziś Onet radość sprawił! Z jakiegoś powodu postanowił przypomnieć czołówki bajek mojego dzieciństwa. Uwielbiałam bajki, zresztą zostało mi to do dzisiaj. Uwielbiałam wieczorynki, bajki czytane na dobranoc (przez rodziców/babcię/siebie samą) i te, wymyślane przez Tatę. Z bajek Tatunia najbardziej lubiłam bajkę o tym, jak Gargamel ukradł smerfom smerfojagody. Albo o tym, jak Królewna Śnieżka ciągnęła kotka za ogon. Dzięki tej bajce nauczyłam się, że nie wolno ciągnąć kotka za ogon, bo Mikołaj nie przyjdzie i nie będzie prezentów, a ja przecież calusieńki rok czekałam na 6 grudnia.

Z wieczorynek najbardziej kochałam „Smerfy”. Były co piątek o 19. Kazałam Tatuniowi nagrywać je na wideo, dzięki czemu mogłam je oglądać przez cały tydzień. Najważniejsze w moim życiu były 4 odcinki:

1. Odcinek, w którym Gargamel zamienił smerfy w złoto – przepłakałam cały odcinek i dość długo nie można mnie było mnie uspokoić. Ponownie ten odcinek odważyłam się obejrzeć po paru tygodniach, na szczęście nagrane miałam inne.

2. Odcinek, w którym był latający zamek – przez ten odcinek się pochorowałam, bolał mnie brzuch, bo się bałam, że smerfy znikną.

3. Odcinek, w którym smerfy były na balu z wróżką Grendą. Ten odcinek pamiętam, bo byliśmy u mojej cioci, a Tata nie nastawił nagrywania. Do dzisiaj mu to wypominam. Dopiero w te wakacje udało mi się ten odcinek odnaleźć (czego się nie robi, kiedy trzeba napisać pracę magisterską ;-).

4. Odcinek, który się nie nagrał przez jakąś awarię, a zaczynał się wizytą Papy Smerfa u Matki Natury. Kiedyś go znajdę :D

Kiedy poszłam do liceum, była nieustanna walka o wyższość Muminków nad Smerfami i odwrotnie. Zawsze byłam wierna niebieskim stworkom.

Jeśli chodzi o bajki na dobranoc czytane, to miałam swoje ukochane i do nich się ograniczałam, innych już nie chciałam. Były to: Bajka o siedmiu koźlątkach i był to tekst, na którym nauczyłam się czytać. Uwielbiałam jeszcze Roszpunkę, która była w pięknie ilustrowanej książce Dawno, dawno temu… Pamiętam, że były tam też Titelitury, ale tego się bałam po pierwszym przeczytaniu. Królową była jednak Śpiąca Królewna. Najwspanialsza, najpiękniejsza Aurora. Do dzisiaj jej zazdroszczę, że mogła się wyspać, bo mnie jakoś nie idzie. Pozostałe królewny robiły z siebie idiotki, dawały się wykorzystywać krasnalom i głupim siostrom. Aurora była prawdziwą królewną!

Szkoda, że TVP odebrała dzieciom możliwość oglądania wieczorynek. Ja do dzisiaj pamiętam, co, w jaki dzień tygodnia było. Zawsze w środę o 19 były „Muminki”, w piątki „Smerfy”. W pozostałe dni tygodnia często się to zmieniało.
Teraz są jakieś idiotyczne Hany-Montany i inne kretyńskie seriale Disney’a (!!!!!), które robią dzieciom papkę z mózgu. Swoją drogą, Disney miał wspaniałe bajki i wydawał cudowne, pięknie ilustrowane książki dla dzieci (byłam członkiem Klubu Disney’a :D). Nie wiem, jak mógł się tak zepsuć. Że robi krzywdę dzieciom, mało to kogo obchodzi, ale sobie?!

A jakie były Wasze ukochane bajki?