Wyszłam za mąż, już nie wracam

Standardowy

Stało się. Jestem mężatką. Zaskoczeni? Chyba nie bardziej niż ja i T. – od wtorku mój Mąż.

Nie, nie jestem w ciąży. Ale nie ukrywam, ślub wzięliśmy szybko, bo musieliśmy. Kupujemy w Krakowie mieszkanie i potrzebowaliśmy aktu ślubu, żeby nie wydawać majątku na przenoszenie aktu własności u notariusza. Taniej było zorganizować ślub w USC.

Choć kocham T. nad życie, nie uważam, żeby ślub w tym życiu zmienił cokolwiek. Nadal szaleńczo kocham T., nadal się z nim kłócę, nadal jest nam dobrze, ale nie powiem, żeby po złożeniu oświadczeń woli, to wszystko się zintensyfikowało lub zminimalizowało. Mam na palcu obrączkę, drugie nazwisko i to wszystko. Szczęście jakoś nie wypełnia mnie bardziej niż zwykle. Szczęśliwa jestem, jak mam przy sobie T. i Przeznaczenie. I jak patrzę na wagę i widzę, że coraz mniej chudnę. Ale podpisanie papierków jakoś nie miało na to wielkiego wpływu.
Nie jestem smutna. Cieszę się bardzo, że z T. to już tak oficjalnie, ale nie czuję, żebyśmy jakoś bardziej do siebie należeli. Może zmieni to przysięga złożona w kościele, bo to nas czeka za rok. Brakowało mi na cywilnym właśnie przysięgi, podania sobie dłoni i takiej… magii (?), tego wszystkiego, co jest w ślubie kościelnym. Nie sądziłam nawet, że jestem aż tak wierząca. Ale ten sakrament ma dla mnie ogromne znaczenie i mam nadzieję, że dzięki niemu poczuję się w pełni żoną.

Życzcie nam szczęścia! :)

Jak na drodze swej życiowej spotkałam Przeznaczenie

Standardowy

Był grudzień, zimno i dopiero co wciśnięto mi na górną szczękę aparat. Jechaliśmy za Tarnów 3 godziny. 3 godziny w bólu, żeby wydać tysiaka na coś, co nie ważyło nawet 0,5 kg, gryzło ciapy, ręce i wszystko, co w zęby wpadło.

Ale po kolei.

Jako dziecko potwornie bałam się psów. Pies stryja Dolar ugryzł mnie i od tamtej pory bałam się tych zwierząt panicznie. Parę lat później w sadzie u tego samego stryja zbierałam z Tatuniem wisienki na kompot dla cioci. Sad był za domem, a Tatuń po coś posłał mnie do domu. I na drodze do tego domu spotkałam Mrówkę (przyznacie, że Stryjaszek ma wybitny dar do nadawania psom idiotycznych imion… kotom zresztą też; miał Żabę i Mrówcię). Moje darcie na nic się zdało, Tatuń był za daleko, ciocia w domu nie słyszała, a ja stałam przy schodach sparaliżowana. Nie wiem, jak to się stało, ale pozwoliłam Mrówce do siebie podejść.  Mrówka mnie powąchała i odeszła. Jakiś czas później nawet ją głaskałam. I tak się przestałam bać psów.

Parę lat po tym wydarzeniu tak ważnym w moim życiu, do mamy przyjechała koleżanka ze swoją sunią-ratlerkiem. Mamunia po tej wizycie stwierdziła, że kupimy sobie pieska. Najpierw miał być ratlerek, potem labrador, ale jak zobaczyła u sąsiadki Babuni Ikę, małą yoreczkę, stwierdziła, że będzie york, bo yorki takie piękne i mądre.
Od jej obietnicy do spotkania z Przeznaczeniem minęły ze 3 lata, w czasie których chciałam się rzucać do Kamiennej, obiecywałam, że będę się lepiej uczyć (żeby nie było, średnia mi nie spadała poniżej 5.0), że będę sprzątać itd. itp.

Wróciłam pewnego dnia od dentysty, był 6 grudnia (środa), szczena bolała jak nie wiem, bo miałam naprawiane najboleśniejsze ząbki przed założeniem aparatu. Poprosiłam Tatunia, żeby w ramach prezentu zadzwonił gdzieś i zapytał, po ile są małe yoreczki. Tatuń zadzwonił i za chwilę usłyszałam, że w takim razie za 2 tygodnie się po pieska zjawimy.

Mamunia się wściekła i zadzwoniła do koleżanki w celu poinformowania jej, że ma męża idiotę i na wszystko dzieciom pozwala i że ona ani grosza na psa nie da, że ma mieszkanie po remoncie, że rano wstawać nie będzie, wypalając przy tym papierosy. Koleżanka jej na to, żeby Mamunia dała jej numer telefonu do Pani od yorków i się rozłączyła. Mamunia powydzierała się trochę na tatę, na mnie, na Blond Piękność, żeśmy nieodpowiedzialni i jak żyć?! Darcie się przerwał telefon od Koleżanki, która poinformowała Mamunię, że będziemy rodziną, bo ona po pieska jedzie w sobotę. Słuchawkę przejął Tatuń i powiedział Mamuniowej Koleżance, że w takim razie jedziemy wszyscy w piątek. Jak powiedział, tak też uczynił. Zobowiązałam się przekazać cały majątek z bierzmowania na yorka i zaczęłam się cieszyć jak głupia. Szczęka przestała boleć.

2 dni później, po powrocie ze szkoły, ja, Kachna posprzątałam mieszkanie. I to nie tak, że pomiziałam ściereczką i koniec. Nieeeee, dokładnie posprzątałam. I kupiłam dwie wielkie miski w kształcie serc. Dopiero kiedy zobaczyłam mój Zakup, zorientowałam się, że miski mogą spokojnie służyć jako wanna.

Nadszedł dzień wyjazdu. Bałam się, że rodzice się rozmyślą. Tym bardziej, że kiedy włożono mi na ząbki aparat, zaczęłam się zwijać z bólu, było ciemno, wieczór, późna godzina na jakiekolwiek jazdy. Ale pojechaliśmy w składzie: ja, Tatuń, Mamunia, Blond Piękność i Mamuniowa Koleżanka.

Po przyjeździe na miejsce poznałam tragiczną historię brata Przeznaczenia, który dzień przed naszym przyjazdem spadł ze schodów i umarł :( Poznałam też jego mamę i starszą siostrę. Jakie one były piękne i grzeczne! Dawały się głaskać i były bardzo przyjaźnie nastawione, choć wiedziały, że dzieciątka, którymi obie się opiekowały, zostaną im zabrane.

Rodzice rozmawiali z właścicielami Przeznaczeniowej mamy i siostry, a ja siedziałam na schodach i zerkałam na Fakty. Była 19.07, a pani, od której Przeznaczenie mam, podała mi na ręce taką małą, włochatą, czarną kulkę. Kulka na mnie spojrzała, ziewnęła i poszła spać dalej. To był najwspanialszy moment mojego życia. I jednocześnie najtragiczniejszy. Poczułam tony odpowiedzialności, która na mnie spadła, ale nie poczułam jeszcze takiej miłości, jaką, wydaje mi się, że powinnam poczuć. Myślałam, że będzie jak przy narodzinach dziecka; że się bierze na ręce i od razu bezgranicznie kocha. Miłość przyszła z czasem, następnego dnia, kiedy Przeznaczenie biegało po mieszkaniu Babuni podczas jej imienin. Wzięliśmy 2 pieski (jeden dla mnie, drugi dla Mamuniowej Koleżanki) i pojechaliśmy do Starachowic. Moja Kulka miała jeszcze ryże elementy. Przeznaczeniowy Braciszek był calutki czarny. Myślałam w samochodzie o podmianie Maluchów, ale zostałam przy swoim.

O 22:47 Przeznaczenie weszło do swojego nowego domu. Było przerażone, nie wiedziało, co się dzieje. Bardzo śmiesznie chodziło, to taka mała kulka tuptająca jak pijana po podłodze. Pamiętam, jak nas wąchał, jak wąchał miskę, w której miał mnóstwo wody, ale już wtedy zaczął przejawiać swe burżuazyjne i władcze podejście do życia, kiedy to pił wodę jedynie z palca Tatunia… Miliony uczuć w sobie miałam: od szczęścia, po strach, przerażenie, po wewnętrzny spokój i niepokój jednocześnie. Nie da się tego z niczym porównać.

Dziś Przeznaczenie kończy 8 lat. Jest moim maleńkim Syneczkiem. Dlaczego? Bo go wychowuję od dnia, kiedy skończył 40 dni, bo karmiłam go mlekiem, w którym maczałam palec, żeby był najedzony, a mleka się brzydzę. Bo chodzę z nim do lekarza i pozwalam sobie wbijać igłę między palcami w Przeznaczeniowe ciałko, bo nie chcę go zostawiać w gabinecie samego, choć igieł boję się nawet w telewizji, nawet, gdy teraz o tym piszę. Bo go kocham jak nikogo na świecie, bo jest moim największym Skarbem, bo uwielbiam jego zapach, bo jest cały mój.

Lulu