Będę fit!

Standardowy

Nie pisałam długo, ale w ostatnim czasie musiałam skończyć pracę magisterską, obronić ją, wybrać mieszkanie, w którym ja i T. będziemy wychowywać nasze Przeznaczenie, przeprowadzić się i posprzątać po sobie pokój, bo rodzice zostawili mnie samą w domu (oby szybko wracali, bo nie umiem uruchomić zmywarki). Ale i tak najdziwniejszą rzeczą, jaką ostatnią zrobiłam, jest to, że poszłam ja ćwiczyć. Na siłownię. I na pilates. I jeszcze na jogę. Wymyśliłam razem z moją głupią L., że my się fit w te wakacje staniemy. Będziemy rozciągnięte, elastyczne i w ogóle sprawne ruchowo. Tak, też mnie to bawi. Jak postanowiłyśmy, tak też uczyniłyśmy. Przepuszczam wszystkie pieniądze na wejściówki na salę cardio i dziwne ćwiczenia do jeszcze dziwniejszej muzyki, po których do dzisiaj wszystko mnie boli. W ogóle muszę się z Wami podzielić refleksją na temat instruktorów. Bo plany bycia fit już miałam, ale jakoś nie wychodziło. Razu pewnego z moją współlokatorką O. polazłyśmy na jogę. Na pierwszych ćwiczeniach instruktorką była jakaś miła pani. Coś tam pomogła, ale ogólnie bez szału. Na następny raz wykupiłyśmy karnet. Siadłyśmy grzecznie na matach i do sali wszedł pan w koszulce i spodniach. Po chwili pan zdjął z siebie koszulkę i spodenki i został w samych slipkach. I powiem Wam, że to był jeden z najfajniejszych instruktorów. Trochę dziwny, ale poprawiał, mówił co i jak i miał bardzo spokojny głos.
Teraz z L. chodzimy w dwa różne miejsca. I wolimy tam, gdzie pan jest instruktorem. Pan pomaga, ustawia, poprawia i w ogóle jest przemiły. Pani od dziwnej muzyki ćwiczy sobie, a my próbujemy nadążyć. Wiem, że jesteśmy obie bardzo upośledzone ruchowo i jeszcze parę lat i zostałybyśmy mumiami, ale bez przesady.

Tymczasem polecam wszystkim ruch na świeżym powietrzu. Ja nabyłam brokatową zieloną skakankę. Cofam się do lat ośmiu i robię po kilka serii:

aniołek, fiołek, róża, bez,

konwalia, Walia, wściekły pies.

Wam też polecam i życzę udanych wakacji!