Kiedy kobieta łysieje

Standardowy

Może jestem nudna, ale lubię tematy społeczne. Kiedy jakieś swoje doświadczenia mogę porównać z ogółem. Ma to trochę formę terapeutyczną. Próbuję tym uzasadnić, że jednak nie jestem taka wyjątkowa, że takie rzeczy na świecie się dzieją i dzięki temu łatwiej znaleźć rozwiązanie. Dziś o włosach.
Włosy, pomijając funkcję ochronną, są symbolem kobiecości. Jest w naszej kulturze tak, że jak kobieta ma długie włosy, to jest prawdziwą kobietą. Jak ma krótkie, to od razu opinie, że robi się na faceta. Łysa – albo po chemii albo z sekty. Facet z długimi włosami to szatanista (wiem, wiem, że to się inaczej pisze :P).

O tych łysych i łysiejących będzie dzisiejszy wpis.

Pierwszy raz zaczęłam łysieć przed rozpoczęciem pierwszej klasy w liceum. Tak po prostu. Mama modelowała mi włosy, bo zaczęły się robić… dziwne, więc wymagały czegoś więcej od przeczesania, i wtedy zauważyła, że w paru miejscach nie mam włosów. Mam łyse placki. Podłoga po rozczesaniu była pełna moich „kłaków”. Rodzice, jak to oni, wpadli w panikę. Wymyślili, że to od tego, że nie jadam warzyw, znaleźli 1000 powodów, przez które wypadają mi włosy. Zdiagnozowali anemię, bo przecież tak mało jadam. Postanowili to potwierdzić morfologią. Nim mnie zaciągnęli (siłą) na badanie, babcia (również siłą) zaprowadziła mnie do jakiejś średnio ogarniętej lekarki. Ta stwierdziła, że włosy tak mi się układają i przepisała (UWAGA! Siądźcie!) maść na trądzik do smarowania włosów. Mama się wkurzyła, zaciągnęła mnie do innej lekarki, która powiedziała, że nie zacznie mnie leczyć, jeśli krwi sobie nie zbadam. Zbadałam. Większość z Was może mi zazdrościć wyników. Pani doktor stwierdziła, że ona zdrowych leczyć nie umie, odesłała do Warszawy. Tam się dowiedziałam, że mam łysienie plackowate, które zdiagnozowałam sobie bez wydania 200 zł za dziesięciominutową wizytę. Pani doktor powiedziała, że nie wiem, czy wyzdrowieję i czym spowodowana jest choroba, bo nie jest Bogiem. Wyników badania włosa również nie objaśniła, bo przecież wszystko napisane (po łacinie i pismem poniżej mojego). W życiu nie widziałam mojej mamy tak zapłakanej i przerażonej jak po wyjściu z gabinetu.

Dyrektor Mamuni dostał od znajomych namiary na jakąś panią profesor w Katowicach. Po dwumiesięcznym czekaniu na prywatną pietnastominutową wizytę dostałam skierowanie na taką ilość badań, że przez parę dni bałam się koszulek z krótkim rękawek, bo oczyma wyobraźni widziałam, jak ktoś mi wbija igłę w żyłę. Po zrobieniu badań i zrobieniu powtórki paru badań, bo popsuła się aparatura i po zrobieniu kolejnych badań potwierdzających wyniki poprzednich BUM! Okazało się, że jednak mogliśmy znaleźć przyczynę. Prolaktyny miałam tyle, co kobieta w drugim trymestrze ciąży. Zaczęła się więc zabawa w poszukiwania przyczyny, lekarza i leków na uspokojenie. Dziwię się, że po tym wszystkim byłam jedyną prawie łysą osobą w rodzinie (nie wspomniałam wcześniej, że miałam 33% ubytku włosów, resztę zaś stanowiły pióra, których nie mogłam zgolić, bo stanowiły materiał do badań).

Trafiliśmy na wspaniałą lekarkę w Łodzi. Nie miała problemu z tym, żeby powiedzieć mi, że mogę być bezpłodna, mogę mieć guza przysadki, bo skoro w ciąży nie jestem, to skądś ta prolaktyna brać się musi. To był pierwszy lekarz, który traktował mnie poważnie, pozwalał zadawać mnóstwo pytań, w międzyczasie pytając o choroby przebyte przez dwa pokolenia wstecz. Dostałam skierowanie do Centrum Zdrowia Matki Polki, gdzie spędziłam 76 godzin z wenflonem w żyle. Przy zakładaniu darłam się tak, że Tatuń zasłabł i do dziś ma traumę. Po pobraniu mi dwudziestu siedmiu próbek krwi okazało się, że:

a) jestem dziwakiem, bo mam wyższe wyniki w nocy, a powinnam mieć w dzień. Cóż, dnie przesypiałam, w nocy czytałam i marzłam.

b)jestem dziwakiem, bo moja przysadka wariuje od stresu spowodowanego widokiem igły i produkuje za dużo prolaktyny.

Koniec końców – stwierdzono, że łysiałam prawdopodobnie ze stresu przed liceum, na które czekałam całe swoje życie. Włosy w większości miejsc odrosły, aż tu nagle… matura. Wypadły znowu. Trochę chciałam umrzeć, trochę zgolić, trochę kupić perukę. Sama nie wiem. Było chyba gorzej niż za pierwszym razem. Bo wtedy jeszcze miałam nadzieję, że jestem całkiem wyleczona. Nawrót boleśnie uświadomił, że nigdy nie będę całkiem zdrowa. Dziś włosy mam. Długie, nie daję ściąć. Nie są takie, jak przed chorobą. Są osłabione. Cackam się z nimi jak z jajkiem, mało komu pozwalam dotykać. Zawsze w momentach przełomowych boję się, że wypadną. Tak po prostu.

Nie śmiałabym nigdy porównywać się z osobami po chemii, ale one były jakoś przygotowane. Łysienie jest efektem ubocznym choroby, u mnie chorobę stanowi.

Niby to tylko włosy. Odrosną. Albo i nie. Przecież nie wypadły wszystkie. Ludzie chorują na białaczkę, biorą chemię, tracą wszystko. Ale włosy są jednak jakimś symbolem. Że jak kobieta je ma, to wygląda na zdrową, szczęśliwą. Jeśli spotkacie osobę, która straciła włosy, nigdy nie mówcie, że to tylko włosy. To to, co pozwala nam pokazać światu, że z nami wszystko dobrze.

112

Standardowy

W przypływie szaleństwa po pięciu latach ponownie postanowiłam zostać maturzystką. O tym, jak zmiażdżyłam system, pisząc wybitne wypracowanie, za które nie dostanę punktów, bo klucz, może napiszę innym razem.
Ale do rzeczy. Po czterech godzinach pisania, przerw i innych rzeczy, które dałoby się zrobić szybciej (gdyby nie system), kiedy w końcu udało mi się dojechać długo wyczekiwanym autobusem (kocham Starachowice!), na swej drodze spotkałam mur utworzony z ludzi. Co się okazało? Że mur spoglądał na leżącego pana, od którego wyraźnie było czuć alkohol.
Pan sobie mógłby tak leżeć, bo nikt go nie znał, więc żaden z gapi nie wpadł na to, żeby zadzwonić po pogotowie. Zadzwoniłam więc ja. W oczekiwaniu na karetkę usłyszałam, że może tej pomocy ktoś bardziej potrzebować, a przyjadą do pijaka. Może. Ale pan, choć był przytomny, nie mówił, nie mógł się podnieść, a stojący obok mężczyzna twierdził, że próbował mu w tym pomóc. Jak pisałam ostatnio, leżałam na izbie przyjęć z panią, która przegięła z alkoholem, ale też z tabletkami. Wzięła o 19 za dużo. Nie wiedziałam, czy leżący pan na coś choruje, czy zapach nie jest na przykład efektem jakiejś dziwnej choroby.
Zastanawia mnie tylko, dlaczego nikt nie wezwał wcześniej pomocy? To był mój drugi w życiu telefon pod 112 w podobnej sprawie i naprawdę, kiedy się tam dzwoni, nie wymagają cudów, nie zadają dziwnych pytań. Nie wiem, dlaczego ludzie się boją. Przecież nikt im nic za to nie zrobi. Lepiej udawać, że nic się nie dzieje.

Nocna przygoda w izbie przyjęć

Standardowy

I stało się. Miałam wbijaną igłę w żyłę i nikt mnie nie trzymał, nie pilnował, absolutnie nikt się nie przejął moim płaczem, wrzaskiem i obietnicą, że ja już będę grzeczna, ale niech mi niczego nie wbijają.
Zaczęło się niewinnie. W niedzielę po przyjeździe do Krakowa zaczęło mnie pobolewać żebro. Za wiele zrobić nie mogłam, ale jakoś (z pomocą T.) funkcjonowałam. W poniedziałek było tylko gorzej. Po godzinnej drzemce nie mogłam się ruszyć i darłam się z bólu. Zapadła więc decyzja, że jak tylko przeciwbólowy zacznie działać, idziemy na SOR. Tak też uczyniliśmy. Między dotarciem na miejsce a wpuszczeniem mnie na izbę przyjęć minęły 3 godziny. Jak się w końcu dostałam, to wpadłam w taką panikę, że nie dało się mnie uspokoić. Tętno 150, tachykardia i inne straszne rzeczy. Nie pozwolili T. wejść ze mną, więc przy podpinaniu mi kroplówek prawie zeszłam.
Obok mnie leżała kobieta, która połknęła 19 tabletek i popiła je alkoholem. Przyznaję, że jej się bałam. Lekarka (jedna na minimum 7 łóżek) nie bardzo wiedziała, co z nią zrobić, bo na izbę wytrzeźwień posyłać nie chciała, a na odesłanie na oddział psychiatryczny nie wyraziła zgody.
Serdecznie jej współczuję. W międzyczasie, dla rozrywki, przyprowadzano drobnych przestępców. W międzyczasie na izbie były trzy patrole, w poczekalni – sześć. Bezpiecznie jak nigdzie!
Na szczęście okazało się, że zawału nie mam, płuc nie przebiłam, a mój ból to „zwykłe” zapalenie nerwów międzyżebrowych (w skrócie: nerwoból). Liczę na to, że niedługo mi przejdzie i będę mogła skakać na mojej nowej ślicznej zielono-brokatowej skakance.

Najsmutniejszy dzień w roku

Standardowy

Obudziła mnie wiadomość o śmierci chłopaka, dla którego organizowałam ostatnią zbiórkę krwi. W tym roku rozpoczął naukę w liceum… właściwie tylko formalnie, bo cały czas spędził w szpitalu. Dla Niego to dobrze. Nie będzie cierpiał, bo cierpiał nieprawdopodobnie. Żal tylko Rodziny i tego, że przecież tak wiele jeszcze mógł. Żeby było bardziej dołująco, dowiedziałam się o tym od mamy 1,5-rocznej dziewczynki, która każdego dnia walczy z bardzo ciężkim nowotworem. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, co czuła, co czuje, jaki strach o własne dziecko musi ją teraz ogarniać.

W drodze na przystanek zobaczyłam najbardziej przygnębiającą scenę w życiu. Na wiosenny spacer wyszła matka z dzieckiem na wózku. Dziecko miało około pięć lat. Na ich trasie spotkali chłopaka bawiącego się na trzepaku (tak, są jeszcze takie dzieci…). Malec na wózku przyglądał się przez chwilę, odwrócił się do mamy i zapytał: mamo, a ja mogę?
Kobieta odpowiedziała: nie, Kochanie, nie możesz.

Irytuje mnie bezradność, wkur**a rząd, NFZ, przez które umiera tyle dzieci, bo nie mieszczą się w koszyku świadczeń. Przecież oni mogliby płacić podatki, być noblistami, cieszyć się wiosennym słońcem. Mogliby wszystko, ale nie potrafili dostosować się do obowiązującego prawa i podle zachorowali na coś, za co podatki, które płacą rodzice, nie pozwolą ich wyleczyć.

Udało się!

Standardowy

Dałam radę! Cały Wielki Post nie piłam Pepsi, nie napisałam żadnej notki. Było ciężko, głównie z napojami gazowanymi, ale dałam radę. Potrafię nad sobą zapanować, byłoby świetnie, gdyby udało się też na co dzień w tym wytrwać.

Wieczorna podróż

Standardowy

Wczoraj wymyśliłam sobie, że napiszę notkę o różnych maniach (zwłaszcza zakupowych) moich najbliższych. Jesteśmy pod tym względem absolutnymi dziwadłami. Ale to może na raz następny. Chcę tu przepracować coś, co wydarzyło się wczoraj wieczorem.

Było po 21. Seriale przestały mi działać na domowym komputerze, więc stwierdziłam, że wrócę do babci na noc. Poszłam na autobus, na ulicy cisza i spokój. Wsiadłam do autobusu, u miłej i młodej pani kierowcy kupiłam bilet i zajęłam miejsce przy oknie. Po paru chwilach podszedł do mnie mężczyzna… śmierdzący wódą i papierochami obleśny facet. Pyta, czy może się dosiąść. Powiedziałam, że wokół jest pełno wolnych miejsc. Tym bardziej, że z tyłu siedział jego kolega, od którego przyszedł do mnie.
Facet odpowiedział mi: dziwna jesteś, ku**o i usiadł obok. Nie miałam jak się wydostać, nie miałam pojęcia co robić. Napisałam szybko SMS do siostry, że mam problem, bo była w okolicy trasy autobusu, ale nie odpisała. Była w kinie. Napisałam więc szybko do wujka, czy jest jeszcze na kolacji u teściów, bo przystanek, na którym miałam wysiadać, jest tuż obok. Wujek nie odpisywał przez 2 przystanki. Mój mózg pracował szybko, jak nigdy dotąd. Teraz jestem pod wrażeniem samej siebie. Na jednym z przystanków wsiadło dwóch podpitych mężczyzn. Pan z siedzenia obok do nich podszedł. To byli jego koledzy. Wyobraźcie sobie moje przerażenie i pojawiające się w głowie scenariusze: jak wysiądę, pójdą we czwórkę za mną i mnie zgwałcą, potem zabiją. Stali w tym autobusie i ten, który koło mnie siedział i się na mnie rozpychał, rozmawiając z dwoma, którzy weszli, gapił się na mnie.  Ja kombinowałam dalej. Że przejadę całą trasę i że najwyżej zadzwonię po tatę, żeby po mnie wyszedł. Na szczęście zadzwonił wujek. Powiedziałam mu szybko, co się dzieje, głośno mówiąc, że dobrze, że będzie na mnie czekał na przystanku i pojechałam trochę dalej niż planowałam. Na szczęście żaden z nich za mną nie wysiadł. Wujek odprowadził mnie do babci i dobrze się skończyło. Zastanawiam się tylko, co by było, gdyby wujek nie oddzwonił, nie byłby to autobus, który ma taką trasę, że w pewnym momencie zawraca na moje osiedle, gdyby taty nie było w domu i nie mógł po mnie wyjść… Może to histeria, ale rację miał Edward Hall twierdząc, że przestrzeń człowieka nie kończy się na skórze. W życiu nie byłam tak przerażona. Nie miałam jak zmienić miejsca, zresztą niewiele by to dało, poza mną były dwie młode pasażerki, a ich było najpierw dwóch, potem czterech. Co w takiej sytuacji ma zrobić kobieta, która, nie oszukujmy się, jest (przynajmniej fizycznie) słabsza od czterech mężczyzn? Jak się zachować? Kogo prosić o pomoc?
Nie spodziewałam się, że coś takiego zdarzy się w moim rodzinnym mieście, gdzie czułam się najbezpieczniej na świecie. Może panikuję, ale boję się wyjść na ulicę w mieście, gdzie robiłam to przez 23 lata.

Zaczynam nowe życie

Standardowy

Dokonałam aktu kolejnej przeprowadzki. Ta ma numer 6 i mam nadzieję, że przed wyprowadzką do Nieba, czeka mnie już tylko wyprowadzka nr 7 do Domu Własnego, najwłaśniejszego na świecie.

Wyprowadzka numer 1 to z Domu Babci do Domu mojego i rodziców, w którym po jakimś czasie zjawiła się Blond Piękność, której odstąpiłam szufladę przeznaczoną na moje zabawki, a niecałe 11 lat później zjawiło się Przeznaczenie.
Nie chciałam się wynosić od Babci (i Dziadziusia), a miałam wtedy 2 lata. Mama musiała ze mną przyjeżdżać na Babcine osiedle, bo tam wpadałam w dziką furię i nie można sobie było ze mną poradzić. Tak zostało mi do dziś.

Po maturze nastąpiła przeprowadzka z Domu Rodzinnego do krakowskiej piwnicy. Tak, dobrze widzicie, krakowskiej piwnicy, która została przerobiona na mieszkanie. Ale co się tam działo w ciągu roku! Takich atrakcji niektórzy przez całe życie nie miewają! Imprezy były dwie, ale za to reżyser amerykańskich filmów o nastolatkach by takich nie wymyślił. Na 40 m2 było ok. 100 osób, które wpadły przypadkiem, świetnie się bawiły, a potem znikały. Był trójkąt z wieloosobową widownią, bo w naszej piwnicy, wbrew pozorom, było okno na świat. Było rzucanie w siebie talerzami, bywały dzikie awantury, ale po czterech latach miło to wspominam :)
Najbardziej z tamtego czasu utkwiła mi jedna historia.

Mieliśmy wielkie święto – Czysty Weekend. Święta mają to do siebie, że są rzadko, więc sprzątanie przebiegało w bardzo podniosłej i uroczystej atmosferze. Mojej współlokatorce N. przypadła łazienka. Sprzątała, zmywała, ale ciągle wyciekała jej woda, nie wiadomo skąd. Po jakimś czasie się okazało, że to złośliwy brodzik niszczy nam uroczystości i wylewa spod siebie wodę.

Czwórka nieogarniętych pierwszoroczniaków próbowała coś temu zaradzić. Nie uwierzycie, jak kreatywni potrafią być studenci! Pomysł nr 1 – zalepienie dziur gumami do żucia. Poszłyśmy z koleżanką po kilka paczek gum, we trzy to przeżuwałyśmy, po czym H. zabierał to od nas i próbował tamować przeciek, kiedy my żułyśmy kolejne opakowania. Niestety, niewiele to dało.

Kolejnym pomysłem było zatykanie otworów masą solną. Udaliśmy się więc do koleżanek mieszkających w bloku obok, żeby pożyczyły nam soli, wszak w piwnicy były jedynie 2 opakowania, a majeranek i przyprawa do kurczaka nie chciały stworzyć masy solnej. Zaczęliśmy więc produkcję, a ponieważ nie znaliśmy dokładnego przepisu, robiliśmy to na podstawie kilku z internetu. Nie poskutkowało, w mieszkaniu robiła się powódź. Zapadła decyzja, żeby wezwać hydraulika.

Pan hydraulik Roman po zdemontowaniu nam kabiny, brodzika i czegoś tam jeszcze oświadczył, że nie ma jakiejś rurki odpływowej (czy czegoś takiego) i że musi zrobić nam całą instalację. Zadzwoniliśmy więc do właściciela, by go o tym (i że ma za to zapłacić :P) poinformować. Z właścicielem rozmawiał pan Roman, który tłumaczył, że wynajęto nam mieszkanie bez czegoś bardzo ważnego i mamy w domu powódź. Milion baniek dla tego, kto zgadnie, co powiedział właściciel!

Otóż właściciel powiedział, że ową rureczkę na pewno ukradliśmy. Tak, czwórka pierwszoroczniaków zdemontowała kabinę, odkleiła brodzik, żeby ukraść rureczkę za 5 zł i powiesić ją sobie na ścianie… albo zachować jako pamiątkę z mieszkania w piwnicy.
Tego wieczoru w naszym domu odbyła się integracja taka, że żadna firma nie jest w stanie takowej zapewnić. Chyba, że PKP, ale to tylko przy większej ilości osób i trudnych warunkach atmosferycznych.

Mieszkanie nr 4 było fajne. Po prostu. Mieszkało mi się dobrze, bez większych dziwactw, udziwnień i tego typu akcji. Było miło, sympatycznie, była tabela z najlepszymi hejtami (prowadziłam w rankingu!). Niestety, O. musiała przenieść się do akademika i tak trafiłam do mieszkania nr 5.

Na początku było w porządku. Dopiero co się stamtąd wyprowadziłam, więc jeszcze nie do końca umiem na to spojrzeć z dystansem.

Od dziś mieszkam z T. Właściwie bardziej moje rzeczy na razie tam mieszkają. Zaczynamy nowe, wspólne życie. Nie było ryżu, puszek, dzwonków, tak, jak być powinno w momencie przejścia. Antropologia nam tego nie wybaczy i mam nadzieję, że nie będzie chciała się mścić. Oby było pięknie, cudownie i wspaniale. Pokoik mamy niewielki, łóżko jednoosobowe, ale może to dobrze. Jak damy sobie radę w takich warunkach, to poradzimy sobie w każdych.

Życzcie nam szczęścia i żeby kolejna przeprowadzka była ostatnią. Żeby była wprowadzką do Domu.

Trudny wybór

Standardowy

Czyje życie jest cenniejsze? Małej dziewczynki czy chłopca, któremu nie przyjął się przeszczep? Więźnia czy staruszka, który chciałby jeszcze pobyć z wnukami. Przed takimi pytaniami stoją codziennie lekarze. Muszą wybrać, komu pozwolą żyć. Nie wiem, czy ktoś z Was oglądał film „Bogowie”. Film przepiękny i straszny jednocześnie. Pokazuje jednocześnie siłę i bezsilność lekarza. Człowieka. Lekarz stawiany jest w pozycji boga. Decyduje o życiu drugiego człowieka, który całkiem się poddaje, pod narkozą jest bezbronny, bezgranicznie ufa lekarzowi.
To wbrew pozorom nie będzie post o lekarzach. Będzie o tym, jak trudno dokonać wyboru najzwyklejszemu człowiekowi. I tu nie chodzi o wybór sukienki, filmu na wieczór czy położyć się spać później i być rano niewyspanym. Też czasem zdarza się stanąć przed wyborem, czyje życie wybrać.
Ja od paru dni mam taki problem. Jak pisałam w notce niżej, współorganizuję akcję zbierania pieniędzy na leczenie małej Gai, która choruje na neuroblastomę. Ale takich dzieci jak Gaja są setki, a nawet tysiące. Tysiące dzieci, które na teraz, natychmiast potrzebują kilkuset tysięcy, bo mogą nie przeżyć następnego dnia. Nie wyobrażam sobie, co muszą czuć rodzice. Ja mam przepotworne wyrzuty sumienia, że zbieramy tylko dla Gai, a uzbieraliśmy maleńki ułamek potrzebnej kwoty.
4 lutego organizujemy zbiórkę krwi dla chłopaka z mojego liceum, któremu nie przyjął się przeszczep. Poszła w miasto informacja, że będzie zbiórka krwi dla Karola. I natychmiast dostałam kilka wiadomości, czy można „podpiąć” kogoś jeszcze, bo też potrzebna krew, że ja zawsze coś wymyślę. Czy można odmówić rodzicom dziecka urodzonego w 5. miesiącu ciąży? Co powiedzieć? Jak zrobić tak, żeby wszystkim jakoś pomóc? Czasem mnie to przerasta. Co robić?

Nie istniejemy sami dla siebie

Standardowy

Dziś post nie o tramwajach, nie o starszych paniach, kolejkach, nauczycielach. Dziś o tym, o czym wspomniałam w jednym z komentarzy do poprzedniej notki, a mianowicie o współpracy.

Egoizm jest zdrowy, bardzo potrzebny, ale są takie sytuacje, że egoistą, według mnie, być nie wolno.

Lubię różne akcje charytatywne. Organizuję je, biorę w nich udział przede wszystkim dla drugiego człowieka, ale też trochę dla siebie. Wiem, że robię dobrze i tym dobrem próbuję się dzielić. Nie chcę, żeby to, co zaraz napiszę brzmiało jak chwalenie się, ale żeby pokazało, że nawet będąc nierozgarniętą nastolatką, nieogarniętą studentką, można zrobić coś dla innych.

Moje zarządzanie tego typu akcjami zaczęło się, kiedy była matematyczka zachorowała (jeśli dobrze pamiętam, na raka). Stało się to bardzo nagle. Pilnie była potrzebna krew. Wpadłam na pomysł zrobienia zbiórki krwi. Zebraliśmy z przyjacielem i L. harcerzy, zadzwoniliśmy do Regionalnego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa w Kielcach i… tak się zaczęło. Przyjechali, zebraliśmy ok. 40 litrów krwi. To było w 2008 roku, do tej pory zorganizowaliśmy 8 zbiórek. Tu się chwalę: państwo z RCKiK mówią, że u nas są najlepiej przygotowane, bo mamy mnóstwo jedzenia i picia zarówno dla personelu, jak i dla dawców. Satysfakcja – ogromna, ilość istnień uratowanych dzięki krwi – setki.

Drugą akcją, za którą się wzięłam była zbiórka pieniędzy dla chorego Mikołajka. Chłopiec był niepełnosprawny, z wadami rozwojowymi. Ojciec odszedł od rodziny, bo nie takie dziecko sobie wymarzył. Mama – niesamowita kobieta. Przez znajomą podała kolczyki do sprzedaży, bo tak dorabiała do leczenia synka. Znowu z L. i H. stwierdziliśmy, że trzeba pomóc. L. wymyśliła, że podczas koncertu w SCK w Starachowicach będziemy sprzedawać placki. Udało się! Znowu niewiele roboty, a tak duuuuużo korzyści. Najfajniejsze było chyba to, że mama Mikołajka dostała darmowe zaproszenie na ten koncert. Była nam wszystkim przeogromnie wdzięczna, bo to było jej pierwsze wyjście od narodzin syna (który miał chyba 2-4 lata).

Teraz jestem pochłonięta nową akcją. Tę wymyśliłam z Blond Pięknością i młodszym pokoleniem z mojego liceum. To wyzwanie urodzinowe. Coś jak Ice Bucket Challenge, tyle, że nie trzeba oblewać się wodą. Jubilaci nominowali po 3 osoby, które mają im złożyć życzenia i przelać pieniądze na konto chorej na neuroblastomię dziewczynki. Nominowani mają 48 godzin na nagranie i wrzucenie im życzeń. Jeśli nie nagrają filmiku, mają wpłacić 20 zł i nominować 3 osoby.
Was także zachęcam do udziału. Zamieszczam filmik i link do wydarzenia :)


https://www.facebook.com/events/1592370384307734/?fref=ts

Jak widzicie, zorganizowanie pomocy dla innych nie jest takie trudne. Wystarczy chwila, by ktoś mógł od nas dostać całe życie :)

O leniach nad leniami

Standardowy

Koniec semestru się zbliża. Czas bolesny dla rodziców, dzieci i studentów. Mniej bolesny dla koncernów farmaceutycznych, które majątek zarabiają na wszelkich magnezach, kawach w kapsułce itp.
Pamiętam, że raz, ucząc się do egzaminu z literatury współczesnej, zdarzyło mi się pójść spać po dwudziestu sześciu godzinach od momentu wstania. Dzięki Ci człowieku, któryś kawę do Polski sprowadził! Ale dziś nie o tym, jak zostać flakiem, zombie i straszyć ludzi na ulicy. Dziś o złych nauczycielach. Wracałam sobie do domu po zajęciach i kiedy wysiadłam z tramwaju, słyszę: a to p*da jedna, k**rwa, no. Przecież on się cały czas uczy, a ta k**rwa mu cztery na semestr dała… no… ma jedynkę z kartkówki i z odpowiedzi, ale wiesz, reszta same piątki i czwórki.
Słowa te wypowiadała młoda kobieta, która za rączkę prowadziła chłopczyka z plecaczkiem w czapeczce z pomponem. Tak na oko może dziesięciolatka. Pani wyzywała nauczycielkę przez całą moją trasę tramwaj-sklep.
W sklepie dwóch panów dyskutowało o tym, jak to oni chcieliby być nauczycielami, bo nie wierzą, że nauczyciel, to 40 godzin przepracuje.
Trzeba było zostać nauczycielami, panowie!

Zobaczylibyście, że 40 godzin, to jest marzenie. Serdecznie zapraszam do szkoły, gdzie przez 45 minut trzeba zapanować nad czterdziestoma różnymi osobami, które mają nauczyciela kompletnie gdzieś (w sumie nie dziwię się po tym, czego wysłuchałam od pani prowadzącej dziecko ze szkoły). Kiedy przeżyje się kilka lekcji, bardzo proszę sprawdzić kilkadziesiąt prac, wypracowań. Potem proszę przygotować się do zajęć na następny dzień, żeby móc w spokoju uzupełnić dziennik i napisać plany pracy rocznej z dziećmi z zaburzeniami (a papier o dysleksji ma prawie każdy uczeń). W tym momencie następuje czas relaksu! Plotunie, ploteczki, bo przecież w ramach tych 40. godzin nauczyciel musi odebrać telefony od rodziców. Bo dzieci się pokłóciły i rodzic A natychmiast każe nauczycielowi zadzwonić do rodzica B i postraszyć go sądem, policją, prokuratorem i wszystkim, co się da. Nie, nie żartuję.
O godzinie 1 w nocy można spokojnie położyć się spać, żeby od 7.30 z uśmiechem na twarzy uczyć polską młodzież życia!