Kiedy kobieta łysieje – cd.

Standardowy

Jakiś czas temu (w maju dokładnie) napisałam notkę Kiedy kobieta łysieje (KLIK). Miało to dla mnie funkcję trochę terapeutyczną, z założenia, trochę informacyjną dla chorych, a najbardziej miało mieć funkcję magiczną; że jak o tym napiszę, to już nie wróci. BUM! Wróciło. Ja, kobieta wyłysiałam po raz trzeci i było to najgorsze z dotychczasowych łysień, w najgorszym możliwie momencie.

Dziś piszę, bo trochę (tak, nadużywam w tej notce tego słowa) chcę się wyżalić, trochę powiedzieć, że życie idzie dalej i w sumie to tylko włosy, ale odrobinę (trochę) runął mi znowu świat.

Jak wspomniałam, było (jest!) to najgorsze z dotychczasowych łysień. Wypadła mi ponad połowa włosów, a to, co zostało, wygląda dosłownie jak siano, z którego wyrastają jeże (dzięki Bogu, cynkowi, lekom i sokowirówce włosy odrastają). Zaczęło się we wrześniu, kiedy byłam po ślubie, obronie pracy magisterskiej, próbowałam nauczyć się jeździć (oblałam egzamin 3 razy), miałam egzamin na studia doktoranckie i brałam kredyt na resztę życia. Miały prawo wypaść, ale bez przesady, ponad połowa to gruba przesada.

Nie bawiłam się w lekarzy, zamówiłam lek i zostałam zmuszona do zmiany swojego życia. Zaczęłam jeść (właściwie pić) owoce i warzywa. Brzmi to głupio z ust (spod palców) 25-latki, ale wierzcie, że dopiero w ubiegłym roku miałam kiwi (w postaci soku, ale jednak) po raz pierwszy w ustach. Nie jestem w stanie się przemóc, by spróbować moich nowości w normalnej postaci, bo na samą myśl robi mi się niedobrze (tak, myślałam o tym, by skonsultować się z psychiatrą i pewnie kiedyś to zrobię). Bardzo głęboko wierzę w to, że dzięki soczkom poprawi się mój ogólny stan zdrowia i do października włosy odrosną na tyle, że na własnym ślubie będę wyglądała jak człowiek, nie jak chodzące gniazdo.
Trzymajcie mocno kciuki!

Hormon Przyszłej Panny Młodej

Standardowy

Podobno kobiety nie mają charakterów. Mają hormony. Można się z tym zgadzać lub nie, ale coś na rzeczy jest. Nie, nie jestem seksistką. Feministką też nie, choć do pewnych ideałów mi bardzo blisko.
Najgorzej jest podobno w ciąży. Poziom hormonów zmienia się z minuty na minutę, sekundy na sekundę. Silnym niezależnym kobietom testosteron opada do zera i płaczą na reklamach chusteczek higienicznych ((swoją drogą; niektóre naprawdę są wzruszające i słodkie). Mnie to jeszcze nie spotkało, ale niedawno zauważyłam, że coś się ze mną dzieje, nie zachowuję się racjonalnie. Nie jest to PMS, bo mnie to nie dotyczy, ciąża tym bardziej… Zaczęłam się uważniej przyglądać sobie i osobom wokół. I wiecie co? Nie jestem sama. Są w środowisku takie egzemplarze, którym z dnia na dzień odbiło. Wszystkie są kobietami. Druga rzecz, która nas łączy, to fakt, że NIEDŁUGO WYCHODZIMY ZA MĄŻ.

Założę się, żę jest w mózgu albo gdzieś jakiś ośrodek, jakiś narząd, który uaktywnia się zaraz po włożeniu na palec pierścionka zaręczynowego lub ustaleniu daty ślubu. W tym momencie wszystko się zmienia, nie myśli się, jak wcześniej. Róże przestają być różami. Są tymi ohydnymi kwiatami, które mają zbyt mięsiste kwiatki i stają się pierwszymi kandydatkami na czarnej liście kwiatków. Chabry to chwasty? Skąd! Mają takie idealne płatki do wianka. Nagle odkrywa się 80 odcieni bieli; od śnieżnej po latte z delikatną pianką (kawa z mlekiem to też biel). Dyskusja o lakierach dla paznokci przestaje być pogardzana, bo przecież został niecały rok, a JA JESZCZE NIE WYBRAŁAM KOLORU!

Przyznaję się, że zapisałam się na większość facebookowych forum dla przyszłych panien młodych. Czytam wszystkie posty, choć większość hejtuję (sorry, ale jak narzeczonemu odcięło palec, to chyba brak palca jest większym problemem niż to, że będzie nosił obrączkę na lewej dłoni i ktoś pomyśli, że jest wdowcem). Mój biedny T., kiedy czyta, co się na tych forach wyprawia, nie jest w stanie pojąć tego, że tak można. A przecież od tych szczególików zależy, jak zapamiętamy najważniejszy dzień w naszym życiu.

Z rodziną zdążyłam się już pokłócić o wszystko; o kościół (byłam gotowa osobiście przemalować tak, by pasował kolorystycznie do wymarzonej wiązanki), o listę gości (moja jest jakieś trzy razy krótsza niż ich), o sukienkę (bo po co mi ślub w październiku). Mam nadzieję, że jakoś to wszyscy wszystko przetrwamy. A 16.10.2016 r. poziom moich hormonów wróci do normy, a stopy przestaną męczyć się w szpilkach, w których naukę chodzenia rozpoczęłam.

Miesiąc po i rok przed

Standardowy

Jestem już miesiąc po ślubie i rok przed ślubem. Zdążyłam wziąć kredyt na 20 lat, prawie się rozwieść, schudnąć 6 kg i przytyć kilogram. Czyli nie jest źle.
Mąż narzeka, że porzuciłam blogaska i nie ma co czytać. Ale o czymże mam pisać? Że zostałam doktorantką? TAK! Zostałam, chwalę się :) O próbie uzyskania prawa jazdy? Powiem Wam, że jakiś idiota te pytania układał. Zdecydowałam więc, że przez najbliższe miesiące będę zanudzała Was historiami o przygotowaniach do ślubu. Ślubu nr 2. Temu zamierzam poświęcić najbliższe miesiące swojego życia. Namawiam T., żeby założył konkurencyjnego blogaska, gdzie opisywałby to wszystko se swojej nieogarniającej perspektywy. Może być ciekawie.

Wyszłam za mąż, już nie wracam

Standardowy

Stało się. Jestem mężatką. Zaskoczeni? Chyba nie bardziej niż ja i T. – od wtorku mój Mąż.

Nie, nie jestem w ciąży. Ale nie ukrywam, ślub wzięliśmy szybko, bo musieliśmy. Kupujemy w Krakowie mieszkanie i potrzebowaliśmy aktu ślubu, żeby nie wydawać majątku na przenoszenie aktu własności u notariusza. Taniej było zorganizować ślub w USC.

Choć kocham T. nad życie, nie uważam, żeby ślub w tym życiu zmienił cokolwiek. Nadal szaleńczo kocham T., nadal się z nim kłócę, nadal jest nam dobrze, ale nie powiem, żeby po złożeniu oświadczeń woli, to wszystko się zintensyfikowało lub zminimalizowało. Mam na palcu obrączkę, drugie nazwisko i to wszystko. Szczęście jakoś nie wypełnia mnie bardziej niż zwykle. Szczęśliwa jestem, jak mam przy sobie T. i Przeznaczenie. I jak patrzę na wagę i widzę, że coraz mniej chudnę. Ale podpisanie papierków jakoś nie miało na to wielkiego wpływu.
Nie jestem smutna. Cieszę się bardzo, że z T. to już tak oficjalnie, ale nie czuję, żebyśmy jakoś bardziej do siebie należeli. Może zmieni to przysięga złożona w kościele, bo to nas czeka za rok. Brakowało mi na cywilnym właśnie przysięgi, podania sobie dłoni i takiej… magii (?), tego wszystkiego, co jest w ślubie kościelnym. Nie sądziłam nawet, że jestem aż tak wierząca. Ale ten sakrament ma dla mnie ogromne znaczenie i mam nadzieję, że dzięki niemu poczuję się w pełni żoną.

Życzcie nam szczęścia! :)

Punkt widzenia

Standardowy

Punkt widzenia zmienia się z punktem siedzenia.
Siadłam więc. I to za kierownicą. Pędzę po mieście 40 km/h. Przez najbliższy czas będziecie zadręczani moimi przemyśleniami dotyczącymi przepisów o ruchu drogowym, szerokości dróg i im podobnym.

I tak z pieszego stałam się kierowcą. Zawsze jestem ostrożna. Czasem aż za, ale lepiej dmuchać na zimne. Przechodząc przez ulicę, zawsze się rozglądam: w lewo, prawo, w lewo i na ulicy. Po prostu nie chcę, żeby ktoś mnie zabił. Jak zbliża się „elka”, to odchodzę od krawężnika, żeby nie utrudniać życia przyszłemu kierowcy. Jak się zapewne domyślacie, zmierzam do tego, że nie wszyscy tak robią. Nie, nie wymagam dla siebie specjalnych praw. Ani dla kursantów, dla kierowców, dla nikogo. Wymagam tylko tego, żeby ludzie myśleli. Żeby się ROZGLĄDALI. To naprawdę nie jest czasochłonne.

Jechałam sobie (bardzo wolno) i zbliżałam się do przejścia dla pieszych. I nagle wybiegają mi na ulicę dzieci. Byłam na tyle daleko, że zdążyłam zahamować, ale nie oszukujmy się, przy 50 km/h nie zawsze kierowca zdąży. Kiedy byłam dzieckiem, to przez ulicę przechodziło się, trzymając jedną rękę w górze, żeby być lepiej widocznym. Nie wiem, czy panie przedszkolanki nie zabierają dzieci na spacery czy rodzice nie mają w ogóle kontaktu ze swoimi pociechami, ale DZIECI NIE POTRAFIĄ PRZECHODZIĆ PRZEZ JEZDNIĘ. Tak, wiem, że są małe i obowiązuje zasada ograniczonego zaufania. To mogę znieść. Ale jak mi przechodzi przez pasy wychodzi na pasy czy na jezdnię matka z wózkiem i odwraca głowę w kierunku przeciwnym do mojego i udaje, że nie widzi, to wszystko opada. Nie wiem, czy wydaje jej się, że jak mnie nie widzi (i, oczywiście, nie słyszy), to jej nie ma. Tak mają dzieci, że jak zakryją oczka łapkami, to myślą, że ich nie ma i są zwolnione z wszelkiej odpowiedzialności. Jak ktoś jest głupi i odpowiada za siebie, chce zginąć, ok. Ale matka z dzieckiem?! Wydaje mi się, że takie kobiety powinny być szczególnie wyczulone na niebezpieczeństwo. Najgorsze jest to, że zdarza się to coraz częściej.

Przejście dla pieszych to miejsce, gdzie pieszy może bezpiecznie przejść, a nie wejść na drogę i mieć wszystko gdzieś. Ma obowiązek rozejrzeć się i sprawdzić, czy sam nie jest zagrożeniem dla innych.

Nie piszę tego dlatego, że jestem po czwartej jeździe i pozjadałam wszystkie rozumy, bo jednak dużo częściej do poruszania się używam nóg, czasem jeżdżę jako pasażer. Po prostu wiem, że zwykle, kiedy jest jakiś wypadek, winę zwykle ponosi kierowca.

Letnie szaleństwo

Standardowy

Jeździłam! Szalałam tak, że sam poseł Lipiec by mnie nie dogonił. 20 km/h! I jak tylko widziałam, jak zbliżam się ponad 20, zwalniałam do 15. Dziś ominęłam dwie przeszkody, jechałam pod górkę, skręcałam w lewo i prawo. Uwierzcie mi, pękam z dumy. Jeszcze w piątek wieczorem myślałam, że mam za mało nóg, kierownica kręci się tylko trochę (ostatnio trzymałam ją jako dziecko i na postoju nie kręci się tak, jak przy jeździe), a w lusterka, to trzeba we wszystkie jednocześnie patrzeć. Nie zmienia to faktu, że kierowca strasznie dużo rzeczy musi jednocześnie wykonać. Albo niejednocześnie i wtedy jest problem, bo samochód gaśnie. Pamiętajcie: jak gaz, to nie sprzęgło.

Życzcie mi powodzenia i szerokiej drogi (w ogóle kto wymyślił, żeby te drogi takie wąskie były?!).

Uwaga, będę jeździć!

Standardowy

Wygrałam kurs prawa jazdy. Tak, wszystkim, którym powiedziałam, też zrobiło się bardzo wesoło i zaczęli żarciki: jak będziesz za kółkiem, to trzeba dać do gazet, żeby z domu nie wychodzili. Hahaha, no umrę ze śmiechu.
Tak czy siak będę jeździć. Samą mnie to trochę przeraża, ale dam sobie radę, w końcu zdolna jestem :)

Nad zrobieniem prawka zastanawiałam się już od jakiegoś czasu. Ale a to pogoda za dobra (bo w mądrej swej główce wykminiłam, że najlepiej, to jak się będę uczyć przy temperaturze -50 stopni Celsjusza, na Grenlandii w najzimniejszym okresie, bo wtedy żadne warunki mi nie będą straszne), a to studia, a to lenistwo i stwierdzenie: no przecież są tramwaje. Koniec końców jeden z tygodników w mym rodzinnym mieście ogłosił konkurs i WYGRAŁAM! Zasady tegoż były niezwykle trudne: trzeba było odpowiedzieć SMS-em na pytania dotyczące prawie o ruchu drogowym (T. pomagał) i ostatnie – czy mamy w Polsce ruch prawostronny (z tym dałam radę sama).

I się zaczęło. Przysięgam, nie wiem, kto wymyślił, że jak jadą samochody naprzeciw siebie, jeden skręca, to ma drugiego z prawej strony i wtedy on ma pierwszeństwo. I trzeba to wiedzieć nim się skręci. W ogóle strasznie dużo rzeczy trzeba wiedzieć i przewidzieć i mój umysł jest na to zbyt analityczny. Nie, nie za wolny. Analityczny. Lubię wszystko przeanalizować, rozpatrzeć wszystkie możliwości, a tu – trzeba ruszać, bo blokuje się ruch. Nie ogarniam, jak można zrobić samochód tak, żeby do dwunożnego człowieka dać trzy pedały. No ale jak to tak skakać? A jak noga poleci? Co wtedy? Tak, wiem. Magiczne słowo: KOLIZJA. To najczęściej słyszane przeze mnie słowo w ostatnim czasie. Mam nadzieję, że żadnej nie spowoduję.

Jazdy zaczynam w przyszłym tygodniu. Cała teoria od pani Marty już za mną, teoria, którą wykłada mi tatuń dowodzi, że teoria wykładana przez panią Martę jest głupia, bo i tak większość kierowców jej nie zna i ma gdzieś. Bo tak w ogóle prawie wszyscy kierowcy to idioci, jak oni jeżdżą, a ci, co te znaki tak ustawiają, to w ogóle pojęcia o niczym nie mają. I co za kretyn pozwolił postawić tu tę reklamę?!

Miłego wieczoru Wam życzę i proszę o mocne trzymanie kciuków, bo zbliża się PIERWSZA JAZDA.

Jestem wyspana!

Standardowy

Raz w roku przychodzi taki dzień, że jest wielkie święto. Dzień, zwykły dzień, zwykle lipcowy. Rodzice z Blond Pięknością i Przeznaczeniem są na wakacjach, więc ja dbam o dom (no dobra, moje dbanie ograniczyło się do zakupu papieru toaletowego i wyrzucenia śmieci, które zebrałam. I kwiatki podlałam, zalewając balkon). Na ten jeden dzień w roku wszyscy dostają ode mnie wiadomość: nie dzwonić, chyba że coś by się działo z babcią/z Przeznaczeniem. Do tej pory, dzięki Bogu, nic się nie działo. Zadzwonię, jak wstanę.

Rekord życiowy wynosi: pobudka o 17.26. Dziś wstałam o 15.54. Nikt nie dzwonił, nie przeszkadzał (poza sąsiadami o 6 rano, ale po godzinie przestali wiercić). JESTEM WYSPANA. To jedno z najlepszych uczuć na świecie. Jeszcze cudowniejsze jest to, że absolutnie nic nie muszę. Chwilowo jestem bezrobotną magistrą i odpoczywam po pięciu latach (z przerwami na pisanie planu doktoratu).

Życie jest piękne! Dobrej nocy Wam wszystkim życzę :)

Będę fit!

Standardowy

Nie pisałam długo, ale w ostatnim czasie musiałam skończyć pracę magisterską, obronić ją, wybrać mieszkanie, w którym ja i T. będziemy wychowywać nasze Przeznaczenie, przeprowadzić się i posprzątać po sobie pokój, bo rodzice zostawili mnie samą w domu (oby szybko wracali, bo nie umiem uruchomić zmywarki). Ale i tak najdziwniejszą rzeczą, jaką ostatnią zrobiłam, jest to, że poszłam ja ćwiczyć. Na siłownię. I na pilates. I jeszcze na jogę. Wymyśliłam razem z moją głupią L., że my się fit w te wakacje staniemy. Będziemy rozciągnięte, elastyczne i w ogóle sprawne ruchowo. Tak, też mnie to bawi. Jak postanowiłyśmy, tak też uczyniłyśmy. Przepuszczam wszystkie pieniądze na wejściówki na salę cardio i dziwne ćwiczenia do jeszcze dziwniejszej muzyki, po których do dzisiaj wszystko mnie boli. W ogóle muszę się z Wami podzielić refleksją na temat instruktorów. Bo plany bycia fit już miałam, ale jakoś nie wychodziło. Razu pewnego z moją współlokatorką O. polazłyśmy na jogę. Na pierwszych ćwiczeniach instruktorką była jakaś miła pani. Coś tam pomogła, ale ogólnie bez szału. Na następny raz wykupiłyśmy karnet. Siadłyśmy grzecznie na matach i do sali wszedł pan w koszulce i spodniach. Po chwili pan zdjął z siebie koszulkę i spodenki i został w samych slipkach. I powiem Wam, że to był jeden z najfajniejszych instruktorów. Trochę dziwny, ale poprawiał, mówił co i jak i miał bardzo spokojny głos.
Teraz z L. chodzimy w dwa różne miejsca. I wolimy tam, gdzie pan jest instruktorem. Pan pomaga, ustawia, poprawia i w ogóle jest przemiły. Pani od dziwnej muzyki ćwiczy sobie, a my próbujemy nadążyć. Wiem, że jesteśmy obie bardzo upośledzone ruchowo i jeszcze parę lat i zostałybyśmy mumiami, ale bez przesady.

Tymczasem polecam wszystkim ruch na świeżym powietrzu. Ja nabyłam brokatową zieloną skakankę. Cofam się do lat ośmiu i robię po kilka serii:

aniołek, fiołek, róża, bez,

konwalia, Walia, wściekły pies.

Wam też polecam i życzę udanych wakacji!